Somewhere in Nevada...
CH.I Falling
Pochylony nad butelką wody trzymanej w swojej prawej dłoni siedzi dobrze zbudowany mężczyzna. Jego ciemne ubranie zabarwione jest na czerwono w wielu miejscach, choć nie wszędzie jego własną krwią. Czekając na otrzymanie pierwszej pomocy myśli nad błędami, które popełnił na ostatniej misji - nie dość, że dał celowi uciec, to omal sam by nie zginął. Wzdychając ciężko zauważa ruch po drugiej stronie pomieszczenia i wpatruje się w osobę odpowiedzialną za jego rozproszenie. Krzątający się pomiędzy bandażami, a wiecznie pełnym kubkiem z kawą facet przerywa milczenie w pokoju.
"Następnym razem nie wchodź w wystawione w twoją stronę noże" mówi, nie odwracając swojej uwagi od wykonywanych czynności.
"Dzięki, na przyszłość o tym pomyślę" odpiera usadzony chwilę wcześniej przez niego na taborecie Hank, gryząc się w język za wypowiedziane słowa.
"Wiesz, jesteś dość wyszczekany jak na kogoś, kto jest moim stałym pacjentem" doktor kontynuując rozmowę spokojnym tonem podchodzi do rannego i rozkłada na stole przed nim swoje przyrządy "I jak na kogoś, kogo zaraz będę miał przyjemność zszywać po raz trzeci w tym miesiącu. Rozbieraj się."
"Właśnie dlatego taki jestem" choć zirytowany porażką w tej słownej przepychance, Hank grzecznie stosuje się do polecenia Doc'a i ściąga z siebie płaszcz oraz koszulkę sklejoną z jego umięśnionym ciałem krwią i potem. "Może chociaż jakieś 'proszę'?"
Chociaż znalazł się w tej sytuacji nie pierwszy raz, bo łataniem wszystkich jego obrażeń od zawsze zajmował się Doc, to dopiero od niedawna każda z tych wizyt nabrała głębszego sensu. Miał w końcu okazję polepszyć nie tylko swoje zdrowie, ale i relacje z przystojnym medykiem rozmawiając o czymkolwiek, co przyjdzie mu na myśl. Stało się to już prawie tradycją, że obaj obrzucają się najbardziej uszczypliwymi komentarzami na jakie ich stać, a potem omawiają przebieg misji.
Nie inaczej było i tym razem, po powitaniu zaczęli swobodną rozmowę o tym, jak Hank dał uciec celowi i trafił do pojedynku przeciw pięciorgu uzbrojonym w noże agentom, samemu za broń mając jedynie swoje własne ciało.
"Oczywiście bez problemu wykończyłem wszystkich i wróciłem do bazy" kończąc swoją historię syknął przez zaciśnięte zęby z powodu pojawienia się nieoczekiwanego bólu od zakładanego na jedną z ran bandaża.
"Mhm, a te dziury w twoim brzuchu pojawiły się po drodze tutaj" Doc kończąc zawiązywać przedostatni opatrunek odparł nieco przyciszonym głosem. Lubił towarzystwo Hanka, ale nie kiedy był w takim - albo gorszym - stanie.
"Oczywiście, kazałem zrobić je sobie Sanfordowi żebym mógł cię zobaczyć" odpowiadając skupił uwagę na opatrującym go mężczyźnie, aby nie przegapić żadnej sensacji malującej się na jego twarzy po usłyszeniu tego, co właśnie wypowiedział.
Chociaż ręce Doc'a nie przystanęły nawet na sekundę, zajęte opatrywaniem rany, jego twarz przeanalizowała zdanie wystarczająco dobrze, żeby dać do zrozumienia Hank'owi, że tym razem posunął się o krok za daleko. Zapadła niezręczna chwila ciszy, podczas której Doc ukończył zakładanie opatrunków i odjął swoje ciepłe dłonie od skóry mężczyzny. Ten, jakby oparzony wstał natychmiast i zaczął zbierać się do wyjścia.
"Tak naprawdę o mało co nie zostałem szaszłykiem na jakimś przypadkowym pręcie" wyjaśnił pospiesznie, sięgając jeszcze po swoją butelkę wody ze stołu. "Dzięki za to" spojrzał na trzy opatrunki "i za wodę" wychodząc uniósł butelkę w geście pożegnania, nie mając do dyspozycji żadnych wolnych rąk.
"Nie ma za co. Cieszę się, że przeżyłeś. W razie czego zawsze tutaj jestem, możesz zajrzeć kiedy chcesz" pożegnał go zerkając w stronę wyjścia, zatrzymując sprzątanie zakrwawionych wacików żeby posłać mu ten niezręczny uśmiech, którym zawsze żegnał go po wizycie.
I tak jak zawsze, ten mały gest wystarczył, żeby zazwyczaj obojętne i opanowane serce Hanka dało znać o swoim istnieniu, przyspieszając jego podróż korytarzami bazy do swojego pokoju. Nie mógł pozwolić sobie na takie rzeczy, nie mógł pozwolić sobie na żadne uczucia wiedząc, że robią one obecność Hanka niezręczną dla Doc'a. Postanowił więc odciąć się od nich i skupić się na swoich zadaniach - po czym zemdlał.
CH.II Insight
Po spotkaniu z Hank'iem, Doc jak zawsze zabrał się za sporządzanie raportów i innych dokumentów, ale jak to miał ostatnio w zwyczaju nie mógł skupić się na niczym i mylił kolumny, wpisując złe dane w niepotrzebnych miejscach. Przerwał więc swoją wątpliwej jakości pracę i zasiadł przy kubku ze świeżo nalaną kawą.
Kolejny raz jego wizyta nie wpłynęła dobrze na pracę, którą wykonywał Doc. Musiał dokładać wszelkich starań, żeby skupić się na czyszczeniu ran i zakładaniu opatrunków, a i tak zdarzało mu się przypadkowo ranić tego, którego ostatnio nie mógł pozbyć się ze swoich myśli. Słysząc syknięcia bólu Hank'a milknął, starając się opatrzyć go jak najlepiej potrafił w swoich medycznie ograniczonych zdolnościach. Nie mógł jednak wypędzić nękających go myśli, jakie odgłosy wydawałby gdyby-
Natłok myśli przerwał mu odgłos szybko zbliżających się kroków z korytarza. Zdążył odstawić kawę na swoje miejsce na stole, kiedy w drzwiach pojawił się Deimos wołający go rozgorączkowanym głosem.
"Doc! Doc? Jesteś tu?" wzrok wywołującego imię Doc'a mężczyzny spoczął na zbitym z tropu doktorze, ledwo co wyrwanym ze swoich myśli "Dobrze że tu jesteś, cholera chodź szybko, Hank leży nieprzytomny przed swoim pokojem" mówił szybko, ledwo łapiąc oddech, manewrując odpalonym papierosem którego trzymał w ustach tak, żeby go nie upuścić.
"Jak to nieprzytomny, co się stało?" na wzmiankę o nim od razu wróciły myśli sprzed kilku chwil, które odepchnął tak szybko jak podniósł się ze swojego krzesła.
"Nie wiem, przechodziliśmy tamtędy z Sanfordem i tak już leżał. Chodź w końcu."
CH.III Wounds
Hank obudził się jak zwykle w swoim pokoju, przykryty swoją kołdrą, przebrany w nocne dresy. Co nie było zwyczajnym widokiem znajdowało się z drugiej strony pokoju i na początku dla jego zmęczonych jeszcze oczu było niewidoczne. Podniósł się więc z łóżka jak zawsze - odrzucając kołdrę na bok, pozwalając chłodnemu powietrzu rozbudzić jego ciało i stawiając nogi na ziemi, żeby usiąść.
Pierwszą nieprawidłowością okazał się przeszywający ból wydobywający się z jednej z ran, gdzie odruchowo położył dłoń i zerknął. Tak jak się spodziewał, opatrunek przesączony był krwią i to prawdopodobnie ta zaschnięta ciecz odrywająca się od rany zapewniła mu solidną pobudkę.
Drugą zaś, znacznie bardziej zaskakującą odskocznią od codziennego poranka był nie kto inny jak Doc, drzemiący na krześle obok drzwi prowadzących na korytarz. Przez chwilę niedowierzający oczom tego, co widzą, mózg kazał im przyglądać się pogrążonemu we śnie mężczyźnie, po czym zaczął zastanawiać się nad wszystkimi możliwymi wyjaśnieniami tego niecodziennego zajścia.
Nie mógł powstrzymać się od układania w głowie fantazji na temat zeszłej nocy, której - co zgrabnie zauważył - kompletnie nie pamiętał. Jak się znalazł w swoim łóżku? Kto przebrał go w piżamę? Co robił przez te godziny które uciekły z jego głowy, kiedy były mu najbardziej potrzebne?
Rozmyślałby dalej, gdyby Doc nie zaczął się rozbudzać, wydając przy tym pomruki i wypowiadając swoim zaspanym głosem bliżej nieokreślone słowa. Obserwował go do momentu, aż ten także nie zwrócił swojego spojrzenia na niego, prostując się w krześle.
"Dzień dobry, jak rany?" pierwsze o co zapytał to jak się czuje, samemu pewnie będąc obolałym po drzemce na niezbyt wygodnym krześle.
"Ujdzie. Co się wczoraj stało?" to samo zrobił Hank, pytaniem rozpoczynając swoje małe dochodzenie na temat tego co działo się zeszłej nocy i gdzie wtedy podział się jego jakże ważny mózg.
"Nie pamiętasz?" Doc podniósł się ze swojego miejsca spoczynku i rozciągnął się, wzdychając przy każdym chrupnięciu zastałych kości. Często zdarzało mu się nocować w krześle, ale jego własne krzesło było co najmniej dziesięć razy wygodniejsze i mniej twarde niż to na co był tutaj skazany.
"Niezbyt. Proszę powiedz, że nie mówiłem nic dziwnego" błagając Hank schował swoją twarz w dłoniach, wyobrażając sobie wszystkie najgorsze scenariusze tego co mogło mu się omsknąć bez panowania. Pochylając się do przodu ponownie naruszył ranę, przez którą syknął strasząc Doc'a. "Wybacz."
"Połóż się, nie możesz za dużo się ruszać" Doc zaczął od pomocy w jak najbardziej bezbolesnym powrocie do łóżka Hank'owi, po czym kontynuował rozmowę. "Czy mówiłeś? Nie, nie miałeś zbytnio szansy na mówienie czegokolwiek po tym jak zemdlałeś przez moje nieumiejętne szycie" mówiąc to jego dłonie ponownie powędrowały do odsłoniętej klatki piersiowej mężczyzny, wzdłuż żeber, zatrzymując się na przesiąkniętym krwią bandażu.
Doc raz jeszcze wymieniał opatrunek, teraz jednak robiąc to pewnie i precyzyjnie, tak żeby Hank nie ucierpiał przez niego więcej niż już musiał. Szybko uporał się z zadaniem i odsunął się od łóżka, bacznie obserwując go i ignorując reakcje swojego ciała na ten widok jednocześnie.
"Dzięki, za wszystko. Za każdy raz kiedy ratowałeś mnie od wykrwawienia się na śmierć z różnych powodów" Hank zaśmiał się gorzko, przełykając ślinę przed tym co miał powiedzieć, przed zrobieniem tego co sobie obiecał - skończeniem z tym raz na zawsze - nawet jeśli jego ciało mówiło mu teraz coś całkiem innego. "I przepraszam za to wczoraj, wiem że to było za daleko" kiedy skończył mówić, skierował swoje wcześniej skupione na własnych dłoniach spojrzenie na Doc'a, szukając czegokolwiek, jakiegoś zaprzeczenia że to nie musi się tak kończyć.
"Ah, to." zastanowił się chwilę o co mogłoby chodzić Hank'owi, rozmasowując swój obolały kark. "Nie, w porządku, po prostu nie dałeś mi się skupić na pracy i właśnie takie są tego efekty" Doc rzucił mu kolejny nieudolny uśmiech, dając mu niewielką iskierkę nadziei.
CH.IV Trying again
"Znaczy nie masz nic przeciwko moim... mojemu... mnie?" wydusiwszy z siebie po kilku nieudanych próbach zdania, Hank odetchnął, zmęczony po całym wysiłku jaki musiał włożyć w swoje istnienie w ostatnich minutach.
"Oczywiście, że nie. Skąd taki pomysł?" przysiadając na brzegu łóżka, przodem do w pół siedzącego, Doc westchnął zmęczony. "Bez znaczenia, ważne że teraz już jest wszystko jasne, zgadza się?" jeszcze raz posłał mu coś na styl uśmiechu dla zapewnienia go.
"Jasne..." mruknął zbliżając się do Doc'a, pomimo że sprawiało mu to ból "...jak słońce."
Ból ponownie rozrywanej rany miał się nijak do euforii, która opanowała go w momencie, kiedy złączył swoje usta z ustami Doc'a. Instynktownie jego ręce powędrowały do twarzy ukochanego, podczas gdy w jego kroczu rodziła się nowa sensacja. Pogrążył się w pocałunku, przyciągając do siebie mężczyznę, który ratował go już niejednokrotnie i właśnie robił to po raz kolejny. Z początku długie, pełne pasji pocałunki pomiędzy łapaniem oddechów zmieniły się w bardziej niechlujne, pożądliwe i szybkie serie.
Doc niemal leżał już na łóżku, opierając się jedną ręką o materac, a drugą utrzymując balans na silnym ramieniu swojego kochanka. Ten, ciągle spragniony bliskości przyciągał go bliżej, robiąc przerwy w pieszczeniu jego ust, obsypując pocałunkami jego szyję i obojczyk. Ciągle chcąc więcej Hank jednym, szybkim ruchem sprawił, że teraz to Doc leżał przyparty do materaca, kiedy on znajdował się nad nim.
Nie wziął jednak pod uwagę swoich ran, które już nadwyrężone nadmierną ilością ruchów w końcu poddały się i zaczęły sączyć z siebie krew, zmieniając kolory bandaży z białych na ciemno czerwone. Osłabiony rozerwanymi szwami złapał się za bolące miejsce, przeklinając na czas i miejsce w którym musiało się to zdarzyć. Osunął się na materac tak szybko, jak się z niego poderwał, nadal próbując pojąć co się właśnie wydarzyło.
"Wystarczy zajęć praktycznych na dziś" kończąc moment, Doc pozostawił cierpiącego Hank'a w łóżku i ruszył po przygotowany pod krzesłem zapas bandaży. "Dokończymy to innym razem. Jak wyzdrowiejesz" dodał, starając się stłumić śmiech, zabierając się za wymianę opatrunku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz